"Moja droga projektowa zaczęła się...nieświadomie"
To nie ja ją wybrałam – to ona wybrała mnie. Dziś może brzmi to jak banał, ale wtedy naprawdę nie przypuszczałam, że będę projektować wnętrza, prowadzić budowy i tworzyć przestrzenie, w których ludzie będą się czuli jak u siebie. Z perspektywy czasu widzę wyraźnie, że chcę, aby każdy mógł mieszkać w miejscu dopasowanym do siebie do swojej osobowości, nawyków, rytmu życia. Tworzę wnętrza, które nie są kopią z Pinteresta, ale autentycznym oryginałem projektowanym wspólnie z mieszkańcami. Bo to właśnie oni, inwestorzy, są najważniejszą inspiracją. Meble, kolory, faktury można znaleźć je w naturze, podróżach, magazynach… ale to ludzie są początkiem każdego projektu. Zaczęło się od sztuki. To ona jako pierwsza rozwinęła moje zdolności i dała przestrzeń do wyrażania siebie. Pamiętam rysunki w domowym zaciszu, pierwsze konkursy plastyczne, nagrody od Kulfona i Moniki! (Kto jeszcze pamięta tę kultową emisję w telewizji?). Do dziś z uśmiechem wspominam szkolne anegdoty na przykład tę, gdy zrobiłam pracę konkursową dla siebie i dla przyjaciółki. Jej praca (czyli moja, ale cicho sza!) wygrała. Dziś wiem, że dostałam od losu coś, czego nie można się nauczyć ani kupić talent. To był mój pierwszy bilet do świata twórczości, który z czasem prowadził mnie coraz bliżej do miejsca, w którym jestem teraz.
"Wsród wielu kierunków artystycznych"
Wśród wielu kierunków artystycznych od fotografii po projektowanie produktu wybrałam specjalizację z dekoracji wnętrz. Tak zostałam technikiem dekoracji wnętrz i muszę przyznać, że ta umiejętność bardzo przydaje się dziś. Szczególnie przy tworzeniu sesji zdjęciowych sama stylizuję przestrzenie, w których z fotografem łapiemy te „magiczne kadry”. Moja mama zawsze kochała zmiany. W naszym domu niekończące się remonty były normą. Drzwi w jednym z pokoi raz pojawiały się po lewej stronie, raz po prawej, czasem miały kształt prostokąta, innym razem wykończone były łukiem. Kuchnie w różnych stylach, ściany zmieniające kolory jak pory roku. Elewacja? Zielona papa pomalowana kauczukiem i do tego soczysty turkusowy „baranek”. To wszystko sprawiło, że od najmłodszych lat obserwowałam, jak przestrzeń potrafi się zmieniać i opowiadać nową historię. I chyba wtedy zaczęłam chłonąć to, co dziś nazywam projektowaniem. Po Liceum Plastycznym planowałam studiować Architekturę i Urbanistykę, ale los jak to ma w zwyczaju miał inny plan. Trafiłam na Wydział Wzornictwa i Architektury Wnętrz Politechniki Koszalińskiej. Początkowo miało być na rok… ale zostałam na dłużej. To były intensywne lata. Uczyli nas wykładowcy z różnych miast z Gdańska, z Poznania, więc miałam wrażenie, że moja edukacja ma dużo większy zasięg. Działałam w kole naukowym Re:Design, poznawałam nowe kierunki projektowe, ale najważniejsze spotykałam ludzi, którzy inspirowali i motywowali.
"Tworzę wnętrza, które nie są kopią z Pinteresta, ale autentycznym oryginałem."
Tworzę wnętrza, które nie są kopią z Pinteresta, ale autentycznym oryginałem. Po podstawówce większość znajomych poszła do liceum ogólnokształcącego. Ja też miałam to w planach średnia 5,9 i papiery złożone do jednego z topowych ogólniaków. Ale moja mama miała przeczucie. Wiedziała, że to nie moja droga. Delikatnie, ale stanowczo zaproponowała mi kierunek Liceum Plastycznego. Zdawałam tam egzaminy trochę z przypadku, trochę z ciekawości… i się dostałam. Spędziłam tam cztery intensywne lata piękne i trudne zarazem. Codziennie dojeżdżałam do szkoły, łącznie dwie godziny dziennie. Do tego przedmioty ogólne i mnóstwo zajęć artystycznych. Było co robić, ale miałam szczęście łatwo przyswajałam wiedzę. Można powiedzieć, że byłam kujonem, który się nie uczył (i serio, jakoś to działało!). Tam, w świecie sztuki, wszystko zaczęło nabierać głębszego sensu. Ogromny wpływ na moją drogę miały również podróże. Dzięki mamie, od dziecka mogłam zwiedzać świat. Pamiętam pierwszą zagraniczną wycieczkę w czwartej klasie. Sztokholm i zderzenie z czystością, prostotą, szwedzkim designem. Potem była Grecja, Rzym, Hiszpania, bogate Monako… Każde miejsce czegoś mnie uczyło, zostawiało ślad, inspirację, myśl. Zbieram te wrażenia do dziś z ludzi, miejsc, zwyczajów. W liceum jeszcze nie byłam pewna, co dalej.
"Od najmłodszych lat obserwowałam, jak przestrzeń potrafi się zmieniać i opowiadać nową historię."
Dyplom? Postawiłam sobie wysoko poprzeczkę. Zamiast klasycznego wnętrza mieszkania zaprojektowałam kawiarenkę z autorską formą siedziska. Pracę pisałam głównie latem, na Sardynii brzmiałoby to idyllicznie, gdyby nie fakt, że…prawo uczelniane może działać wstecz. W międzyczasie uczelnia zdążyła zmienić zasady, a mój promotor… odszedł z uczelni. Trochę się posypało, ale na szczęście rektor zgodził się przejąć opiekę nad pracą. Ostatecznie wszystko skończyło się dobrze dyplom obroniłam z wyróżnieniem. I choć było stresująco, to do dziś wspominam ten projekt z ogromną satysfakcją. Mój pierwszy zawodowy projekt? Pełen entuzjazmu… i rozczarowania. Wraz z koleżanką odpowiedziałyśmy na ogłoszenie „Zatrudnię studentkę”. Stworzyłyśmy koncepcję mieszkania, której nikt nam nie zapłacił. Dziś wiem, że to było jedno z cenniejszych doświadczeń nauczyło nas szacunku do własnej pracy. Każde miejsce czegoś mnie nauczyło, zostawiło ślad, inspirację, myśl. Już na drugim roku studiów zaczęłam pracować.
"Projektowanie na wymiar"
Projektowanie mebli na wymiar łączyło teorię z praktyką tworzyłam rzeczy, które naprawdę powstawały. Potem przyszło projektowanie oświetlenia  i to właśnie ten etap nauczył mnie więcej niż jakiekolwiek zajęcia akademickie. Kontakt z rzeczywistością pokazał, jak dużo trzeba wiedzieć poza samą estetyką. W 2018 roku przy ogromnym wsparciu mojego partnera założyłam własne studio. Myślałam, że jestem gotowa. Nie byłam. Prawdziwe wyzwania dopiero się zaczęły. Jak wycenić projekt? Jak stworzyć ofertę, która pokaże wartość, a nie tylko metraż? Ile poprawek przewidzieć? Jak pracować z klientem? Tego wszystkiego uczyłam się sama metodą prób i błędów, kosztem snu i spokoju. Na studiach uczono nas sztuki, kompozycji, estetyki. Ale nikt nie mówił, jak prowadzić firmę. Jak budować markę. Jak zarządzać projektem, który nie tylko dobrze wygląda, ale też się opłaca. I jak się nie załamać, gdy coś nie pójdzie zgodnie z planem. Na studiach uczono nas sztuki, kompozycji, estetyki. Ale nikt nie mówił, jak prowadzić firmę. Dziś na szczęście dostęp do wiedzy jest dużo większy. Coraz więcej architektów wnętrz dzieli się swoim doświadczeniem. A sam zawód zyskał na znaczeniu. W czasach ogromnej liczby materiałów, inspiracji i opcji architekt wnętrz to nie tylko projektant. To doradca, przewodnik. Ktoś, kto porządkuje chaos i realnie oszczędza inwestorowi czas, pieniądze i nerwy. Mimo wielu momentów zwątpienia gdy godziłam pracę z macierzyństwem, projekty z życiem nigdy nie przestałam tworzyć. I cieszę się, że nadal mogę to robić. Że sztuka, której uczyłam się w liceum, i rzemiosło, które pielęgnuję od lat, są wciąż obecne w mojej pracy.